wtorek, 14 lipca 2015

Rozdział 19 " W zamieci"

Wybaczcie, trochę to trwało, ale macie kolejną część :) Zapraszamy do czytania i komentowania! : D 

   „Luna”, usłyszałam swoje imię,wracając z powrotem do rzeczywistości. Nikolaj Lestow stał naprzeciwko mnie z karabinem. Myślałam, że jak typowy mundurowy, zapomni o nowym rekrucie, ale widać on był inny.
-Wybrałem chyba najlepszy i najprostszy.
-Dzięki- skinęłam mu głową, biorąc od niego broń i wkładając do pokrowca umocowanego przy skórzanym pasku munduru. Wtedy przypomniałam sobie, że mam dla niego pewną, ważną rzecz. Pogrzebałam w torbie i wyjęłam z niej dokumenty, przekazując oficerowi.
- Pewnie się przydadzą. Dzięki- skinął mi głową. Chwile potem ktoś zawołał jego imię. Było to ten dupek, Wasyl.
-O, cześć. Jesteś tu nowa?
W tym momencie wszystko się we mnie zagotowało. Co za gnida, żeby sobie ze mnie drwić.
-Nawet nie próbuj, frajerze- warknęłam.
Rudy uniósł brew, jakby nie wiedział, o co chodzi. Nikolaj roześmiał się.
-To nie Wasyl, tylko jego brat bliźniak, Oleg.
-Klony?
Oleg uśmiechnął się i spojrzał na Nikolaja,mówiąc :
- Dostaliśmy sygnał, zbliżają się.
Oficer położył mu dłoń na ramieniu, poklepując swojego podopiecznego.
-Oleg, zabierzcie ze sobą Lunę i zmierzajcie już do samochodów.
-Tak jest!- zasalutował Oleg. Lestow w truchcie pobiegł przed siebie, gwiżdżąc i trzymając ręke w górze. W jednej minucie zrobiło się zamieszanie. Wszyscy porzucili dotychczasowe zajęcie, krzątając się i zabierając broń ze składziku.
-Luna, chodź- bąknął chłopak, łapiąc mnie za rękaw i pośpiesznym krokiem udając się w kierunku wyjścia.
-Dokąd jedziemy? -spytałam, nie zwalniając tępa.
-Do Strekowskiego lasu, tam jest nasz etap akcji- wykrzyczał, przyśpieszając.
Musiałam go nadganiać.
A więc, zaczęło się. Po drodze Oleg zawołał kilku żołnierzy, którzy niebawem się do nas przyłączyli. W przeciwieństwie do tamtych, ci nie zwrócili uwagi na nowego rekruta. Widać, ze byli zdenerwowani, po samych wcześniejszych rozmowach, jakie od nich usłyszałam. Wybiegliśmy przez rozbite drzwi. Jeden z nich całkowicie rozwalił resztki szyby jednym zamachem karabinu, powiększając dzięki temu przejście. Szkło rozsypało się pod naszymi butami,a facet miał twarz, jakby się zaciął przy goleniu. Twardziele, pomyślałam.
Na zewnątrz buchnęła na nas fala zimna. Rozbiegli się. Po wszelkich charakterystycznych punktach Erkanu nie było widać śladu. Jedynie „anioł z płomieni”, wynurzający się z wieżowców, spoglądał na budynek galerii, otoczony tysiącami płatków śniegu. Wyglądał jakby pokładał w nas nadzieję.
Pobiegłam za Olgiem. Dopiero teraz obrócił głowę w moja stronę:
-Nadążasz? -spytał, dysząc.
-Tak- wysapałam.
-Zaraz będziemy!- dodał mi otuchy.
Po tych słowach coś rąbnęło. Zatrzymaliśmy się w poślizgu. Nie tylko zresztą my, reszta żołnierzy zrobiła to samo. Spojrzeliśmy w stronę wieżowców.
-Zestrzelili helikopter zwiadowczy- rzekł Oleg, kiedy stanęłam koło niego.
-RUSZAĆ SIĘ! NA CO CZEKACIE?!- zawołał Lestow, biegnąc w naszą stronę- ZARAZ SIĘ TU BĘDZIE ROIĆ OD ZOMBIE!
-Wypuszczają podziemne miasto - wytłumaczył pośpiesznie rudy mundurowy, ponownie startując.
Wydarzenia następowały po sobie bardzo szybko. Dopiero co się dowiedziałam, że zestrzelili zwiadowce, a teraz musieliśmy uciekać przed hordą umarlaków z podziemnego Erkanu. Minęliśmy jeszcze dwie większe ulice, zagracone starymi pojazdami. Zaraz za nimi stały wojskowe samochody. Mundurowi rozbiegli się do pojazdów. Kilku biegło do kabin, drudzy przeładowywali broń, a jeszcze inni rzucali worki oznakowane czerwonym robalem. Na Olga przy jednym z wozów czekał jego brat bliźniak, Wasyl. Podchodząc do siebie, uścisnęli sobie dłonie. Wyglądali zupełnie tak samo, jednojajowe bliźnięta. Nie potrzebowali nawet lustra,żeby się sobie przyjrzeć. Gdyby się wymieszali, jeszcze bym powiedziała przez przypadek coś miłego do tego idioty Wasyla.
-Co, frajerze? Jeszcze nie zginąłeś? - spytał sarkastycznie Oleg.
-Tobie szybciej upierdolą w tym lesie głowę niż mnie, cwelu- odpowiedział Wasyl. Jego uśmiech szybko zszedł z twarzy, kiedy zobaczył kto przyszedł z jego bratem.
-A ta co tu robi? - siąknął nosem, patrząc na mnie z wyniosłością.
-Wstąpiłam do twojego oddziału, powinieneś się cieszyć- klepnęłam go w ramię.
-Może wystarczy, zaraz Lestow nas pogoni, lepiej wsiadaj już do samochodu- zwrócił mu uwagę Oleg. Wasyl splunął w bok, szybki krokiem udając się do auta.
-Zamykaj klapę!-wykrzyknął Oleg do jednego ze swoich kompanów, który właśnie ładował ostatni worek do przyczepy. Mężczyzna pośpiesznie wrzucił ostatni towar, podskakując i z łoskotem zatrzaskując klapę samochodu. Wasyl przekręcił pęk kluczy w furgonetce. Wojskowe, ociężałe auto zapaliło, wydając z siebie warkot. Dwa snopy światła oświetliły numer rejestracyjny samochodu znajdującego się przed nimi. Wycieraczki zaczęły zsuwać sypki śnieg na boki rozmrożonej szyby. Zatrzasnęliśmy za sobą drzwi furgonetki, siadając koło brata Olga. Wasyl pogłośnił radio, w których szumiały kolejno głosy żołnierzy.
-Czwórka gotowa!- powiedział, przykładając do ust małą słuchawkę.
Po minucie zaczęli się odzywać kolejni:
-Dwójka gotowa!
-JEDYNKA ODPALONA!
-Trójka się melduje, mobilki!
-OTWIERAMY BRAMĘ!- rozpoznałam niewyraźny głos Lestowa.
Otwarłam grubą szybę wojskowego pojazdu,wystawiając głowę na zewnątrz. Od razu zaatakowały mnie ciężkie płatki śniegu. Zmrużyłam oczy. Paru ludzi zgromadziło się przy żeliwnej, potężnej bramie. Jej skrzydła ociężale zaczynały się otwierać, wpuszczając do centrum miasta niesiony przez wiatr śnieg. Występując tak blisko siebie, przypominał tysiące śnieżnych, dzikich koni, zbiegających na wolność, gdy tylko ktoś uchylił im drzwiczki zagrody. Nie mogłam dostrzec, co znajdowało się po zewnętrznej stornie bramy. Widziałam tylko jak samochody przed nami powolnie ruszają do przodu, napierając na wrota. Zamknęłam szybę, patrząc na braci Wierczenko.
-Co jest za tą bramą?- spytałam.
-Kwarantanna-odpowiedział Wasyl, skupiony teraz na wrzucaniu biegu. Koła pojazdu leniwie zaczęły się obracać.
-Plan ogólnie wygląda tak, że jesteśmy podzieleni na dwa oddziały. Jedni zostają w Erkanie z generałem Wurakovem i rozprawiają się z drugą częścią konwoju, na czele z podwładnymi z RED, puszczając pierwszą część konwoju, by ci nie powiadomili za wcześnie posiłków. My, z generałem Lestowem, wyjeżdżamy przed nich, by niespodziewanie zaatakować ich w lesie Strekowskim, odbijając więźniów.
W radiu ciągle było słychać toczone między sobą rozmowy kompanii. W międzyczasie ktoś z jedynki odezwał się głośno, uciszając konwój oddziału SAW :
- LUDZIE! JAK WJEDZIECIE, TO PATRZCIE NA BOKI! ILE TEGO TU SIĘ KURESTWA ZEBRAŁO!
Bliźniaki spojrzały na siebie wymownie. Wasyl zwiększył prędkość z trzydziestu km/h na czterdzieści. Wjeżdżaliśmy. Odniosłam wrażenie jakby masywna brama miała się zaraz zawalić, a jeszcze bardziej liche odczucie sprawiła siatka.
Po obu stronach droga była zagrodzona piętnastometrowymi metalowymi siatkami. Tuż za nią uwięzieni zostali mieszkańcy, wypuszczeni z podziemnego miasta. Swoimi lichymi ciałami, które również mogłyby posłużyć za przedmioty atrakcji w kukiełkowym teatrze, napierali na ogrodzenie, strzepując z niego śnieg. Cała konstrukcja drgała. Nie dało się ich z liczyć. Przedział wiekowy wynosił od pięciu lat do około osiemdziesięciu. Zdrętwiałe palce przeplatały linie blokującego je muru, próbując je wyszarpać jak kraty od mizernej,wieloletniej celi. Jedni nawet zdobyli się na lizanie plecionki, przez co ostre końce drutów postrzępiły ich języki,rozrywając ich chropowatą powierzchnię. Przez szpary w siatce przechodziły tylko długie, kościste kończyny, okryte sczerniałą powłoką. Gdyby mogli wyciągnąć przez siatkę całe ręce, pewnie już dawno by to zrobili, wysuwając je na maksymalną odległość, by tylko zarysować lakier wojskowej ciężarówki. Kłapali szczękami, które ledwo trzymały się na zawiasach. Ich skóra schodziła jak po wielokrotnych oparzeniach, odsłaniając głębokie, ropiejące rany,w których posiedzenie miały różnorodne stowarzyszenia milimetrowych, białych insektów. Gdyby się do nich zbliżyć, człowiek poczułby odruch wymiotny od samego zapachu trupa. Jednak dzięki temu, że siedzieliśmy w aucie, nie poczuliśmy smrodu uciekającej w atmosferę zgnilizny.
U niektórych odmieńców mięśnie ledwo utrzymywały się na kościach. Aż dziwne było, że jeszcze takie coś stało na nogach, ba, pragnęło jedzenia. Wielu z nich wyglądało jak wyciągniętych z Auschwitz, nie chodziło tylko o utratę masy, ale też charakterystyczny strój. Wszyscy odznaczali się jednym elementem- białym fartuchem. Jedni mieli go w całkiem dobrym stanie, gdyby wyprać, byłby jak nowy, drudzy chyba go nie lubili, robiąc z nim wszystko, co się dało zrobić ze znienawidzonym ubraniem- od pozostawiania plam po prucie, aż do odrywania jego fragmentów.
W radiu klniecie przeplatało się z wrażeniem. Mnie osobiście zamurowało i przez krótki okres nie mogłam nic powiedzieć. Wszyscy byliśmy wstrząśnięci, tym co można zrobić ze zwykłymi ludźmi. Teraz byli tylko bronią biologiczną, czekającą na wywiezienie do krajów GPW.
Siatka coraz bardziej się ruszała,wydając przy tym charakterystyczny szelest.
-Cholera, to się zaraz puści!- zląkł się Oleg.
-Nie puści! Spokojnie!- uciszył go Wasyl, choć sam nie mógł skupić się na prowadzeniu furgonetki, czując na sobie wygłodniałe spojrzenia żywych trupów.
Nagle w radiu nastąpił chaos. Z ust żołnierzy poleciały kuropatwy. Wiedzieliśmy już, co się stało.
Ogrodzenie nie wytrzymało tak wielkiego obciążenia...
- GAZU, KURWA! NIE ZATRZYMYWAĆ SIĘ! - wydał rozkaz Lestow.
Koła z poślizgiem ruszyły szybciej do przodu. Jednak poruszanie po zaśnieżonej drodze nadal było za wolne, by uciec przed hordą nieumarłych. Śnieg przestawał tak mocno prószyć. Dziesiątki żywych zwłok wysypały się na trójpasmówkę. Siatka przewróciła sygnalizację świetlna, której od dawna nie migoczące światła, rozbiły się na drobny mak o asfalt. Przypomniało to krajobraz zostawiony po przejściu tornada. Zombie zaczęły doganiać uciekający konwój, wyciągając przed siebie wysuszone, cienkie ręce.
-KURWA!- wrzasnął Wasyl, kiedy jeden sztywny napatoczył mu się prosto na maskę. Ciało odmieńca, w zetknięciu z prędkością samochodu, zostało odrzucone na drugi pas. Jednak przy kolejnym zombie nie poszło tak łatwo. Furgonetka zmasakrowała zwłoki, których flaki rzuciły wielką, bordową ciapę na szybę. Wycieraczki zaraz rozmazały posokę ze śniegiem. Wasyl był u kresu wybuchu nerwicy.
-WJEDŹCIE NA MOST! CZOŁG ICH ZATRZYMA! - zaszumiał krzyk Lestowa.
-Jak mam, kurwa, prowadzić? Jak...- urwał, nerwowo oglądając się do tyłu, gdyż właśnie próbowałam dostać się na tylne siedzenie, niechcący trącając go w bark butem.
-JA PIERDOLE, CO TY WYPRAWIASZ?- krzyknął Oleg, kiedy tkwiłam już pomiędzy siedzeniem a wycieraczkami, przeładowując karabin.
-CHYBA NIE CHCESZ...
-MORDA! SCHYLIĆ SIĘ! - warknęłam, Oleg próbował mnie powstrzymać, ale w tej chwili oddałam strzał. Padli, zakrywając się rękami. Pocisk przeszył szybę, rozbijając ją na drobne kawałki, które poleciały na nas, w niektórych miejscach przecinając skórę. Wasyl gwałtownie wyprostował się,skręcając kierownicą. Nie mógł złapać tchu. Odłamki szkła wplątały się w bujne, rude loki bliźniaków. Przynajmniej mieliśmy widoczność.
-Mogłaś nas zabić!- Oleg odwrócił głowę do tyłu z pretensjami. Samochód właśnie wjechał na most, gdzie już kilku odmienionych plątało się pomiędzy pasami. Jeden dobiegł do samochodu, a wtedy Oleg, chyba w przypływie adrenaliny, sam wyciągnął broń i oddał z krzykiem kilka strzałów w ponacinaną kobietę, w zababranym od krwi fartuchu. Otworzyłam pośpiesznie tylne okno, wysuwając lufę broni i ciskając kulki w powykręcane ciała nastoletnich zombie. Owszem, nie byłam zawodowym strzelcem, chybiłam kilka razy, ale paru udało mi się powalić. Reszta żołnierzy poszła naszym śladem. Kolejne zombie padały na asfalt w kałuży własnej krwi lub wypadały przez barierkę do rzeki.
-HAHA,MACIE SKURWIELE!- ucieszył się Oleg,któremu taką radość sprawiło celowanie do sztywnych. Gdyby nie to, że był żołnierzem, pomyślałabym, że granie w „ atom war; radioactive system”, przeniósł do reala.
-WYSTARCZY!- wydał rozkaz Lestow- Nie marnujcie amunicji, czołg odwróci ich uwagę.
Przestaliśmy. Przybiliśmy z Olgiem do foteli zmęczeni, ucieszeni i pokaleczeni od walającego się szkła. Wasyl uśmiechnął się lekko,kręcąc głową.
-To było chore-przyznał.
Oleg odwrócił się do mnie i przybił ze mną piątkę. Lada moment do naszych uszu dobiegł łoskot. Czołg chyba właśnie pacyfikował część odmieńców, nie pozwalając im przekroczyć mostu. Ależ to musiał być rozlew krwi!
-Widziałem, żeście mieli problemy, rozwaliliście trochę naszej dodatkowej broni...- zaszumiał gruby głos w radiu. Domyśliłam się, że mógł należeć do generała Wurakova- Opanowaliśmy częściowo sytuacje, przeczepiając do „wabika” jedną tonę świeżego mięsa. Trupy powoli wracają do miasta. Nie marnujcie już więcej amunicji. Konwój za piętnaście minut wjedzie do miasta, pospieszcie się. Bez odbioru.
-Zwiększcie prędkość, zaraz znowu może zesypać się śnieg. Widzimy się po wjeździe do lasu. Wyłączcie radia, żeby nas nie namierzyli. Bez odbioru – powiedział Lestow. W tranzystorze zaczęły odzywać się pojedyncze dźwięki. Konwój „polarnego orła” wyłączył komunikacje.
Nasz pojazd zwiększył prędkość z pięćdziesięciu na sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Samochody zjechały z trójpasmówki na dwupasmówkę. Na górnej sygnalizacji świetlnej wisiała tablica informacyjna z przekreślonym Erkanem i napisaną wsią, której litery zakrył śnieg.
Jechaliśmy teraz w miarę spokojnie. Z rozbitej szyby buchał na nas chłód. Podsunęliśmy szaliki pod same oczy. Przez większą część drogi do Strekowskiego lasu praktycznie się nie odzywaliśmy. Wasyl koncentrował się na prowadzeniu, Oleg patrzył przed siebie, a ja myślałam o Tanace. Nachodziły mnie okropne myśli, o tym, że już nie żyje, że odrąbali mu resztę kończy, że go torturowali tępymi narzędziami. O tym, że jak już go zobaczę, będzie konał. Co mi zostanie, jak jego już nie będzie? Filip ma rodzinę, dzieci, na których się teraz przeważnie skoncentruje. Na co mu będę potrzebna? Owszem, jest miły, ale nie jest ze mną tak blisko jak ja z Tanaką. Nie poświęciłby dla mnie życia, bo jestem dla niego całkowicie obcą osobą. Jak odzyska dzieci, skupi się przeważnie na nich. Nie czułam z nim żadnej przyjacielskiej więzi, tylko tyle, że musieliśmy przebrnąć przez to wszystko razem. Bałam się, że znowu będę musiała odejść. Ale gdzie tym razem?
Spojrzałam przez okno na okolice. Teren zaczął się zagęszczać od drzew. Za chwilę mieliśmy wjechać do lasu. Zimowa gwiazda niknęła pomiędzy nagimi gałęziami, które z daleka przypominały dłonie mumii, próbujące zasięgnąć do ciał niebieskich. Wszystko śpiewało o martwocie tego miejsca. Wiele drzew wykiełkowała tu na czyjejś mogile...
// Rozdział pisała avem

4 komentarze:

  1. 1. Skąd w ogóle Luna potrafi obsługiwać karabin?
    2. Plan działania powinien zostać wytłumaczony przed, a nie w trakcie misji.
    Avem, trzymasz dalej ten świetny, malowniczy styl, ale nie obyło się bez błędów (ort, int.). Czekam na kolejne.
    I aby nie było wątpliwości, niegdyś:
    ~Koreana

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja mam zupełnie inną prośbę: Czy mogłabym liczyć na zerknięcie okiem na ostatni rozdział i szczere słowa krytyki? Bardzo tego potrzebuję
    www.kuroshitsujizbior.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Przybywam z Baru Fantastyki z zapytaniem, czy tekst jeszcze żyje. Na odpowiedź czekam do 04.02.2016.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja serdecznie zapraszam na mojego bloga, także o tematyce zombie:
    thelastdays-zombieapocalypse.blogspot.com
    Czekam też na kontynuację bloga, bo mam nadzieję, że pomysł nie został porzucony

    OdpowiedzUsuń